Krótka zapowiedź nadchodzących zmian!
Nie przedłużając, niedługo do obiegu wejdzie blog. Tak, kolejny. Wiem jestem pod tym względem nieznośny. Nie przemyślałem czegoś na początku i teraz robię zamieszanie. Chciałbym jednak, żeby zawierał on moją całą "tfurczoźć" w jednym miejscu. Więc byłyby tam Fragmenty, Nauczyciel, Spektrum i opowiadania pisane od września. Myślę, że nie jest to zły pomysł, a mi prościej będzie monitorować swoje postępy w pisaniu. Pierwsze dwa blogi nadal będą działać i pojawiać się na nich będą nowe rozdziały. Zdaję sobie sprawę z tego, że o wiele łatwiej jest natrafić na Fragmenty niż na wszystko, co powstało później, dlatego też tak a nie inaczej. To chyba wszystko. Jakby koncepcja się zmieniła, to dam znać. Czy ktoś ma coś przeciw?

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Nowy blog powstał, wszystko już na niego przeniosłem, a jeśli od razu cię na niego nie przeniosło to znaczy, że prawdopodobnie korzystasz z wersji mobilnej. Dlatego wlepiam tutaj linka: 

Fragmenty duszy XV

     Zgrabnie zakończyłem list swoim podpisem. Wreszcie zebrałem się w sobie, by napisać do Mey-Rin tak jak jej obiecałem. Nie mogłem zdradzić jej zbyt wiele, poza tym nie miałem też zbyt wiele do opowiadania. List miał dostarczyć Montgomery. Trochę niezręcznym wydało mi się fatygowanie go, ale Sebastian stwierdził, że tak będzie lepiej niż zwykłą pocztą. Zapewne miał racje, niezręcznie by było, gdyby ktoś przechwycił moją korespondencję. Nadal nie wiedziałem, czy przypadkiem nie jestem na językach angielskich plotkarzy i póki co mało mnie to interesowało.
     Usłyszałem trzaśnięcie drzwiami i odruchowo zgarbiłem się. 
     Demon czasem wychodził gdzieś i wracał w... nie najlepszym nastroju, delikatnie mówiąc. Wtedy wolałem schodzić mu z drogi. Zaszywałem się w sypialni i czekałem aż mu przejdzie, ewentualnie wychodziłem do ogrodu. 
     Wyminął mnie bez słowa i zniknął za drzwiami, za które nigdy nie zaglądałem. Domyślałem się oczywiście, że prowadziły do miejsca, gdzie Sebastian spędzał noce, ale nie wiedziałem, co tam się znajduje, ani co on tam robi. Jakoś nie było okazji zapytać, może też nie wypadało.
     Wydało mi się, że powietrze dookoła mnie zgęstniało. Przeszły mnie ciarki.
     Wsadziłem pośpiesznie list do koperty, a potem, starając się nie zwracać na siebie uwagi, wyszedłem z pomieszczenia na korytarz. Odetchnąłem, kiedy atmosfera panująca dookoła zirytowanego mężczyzny została za drzwiami. Skierowałem się w stronę spiralnych schodów, żeby zanieść list Montgomery'emu. Zatrzymałem się przy wysokim łuku wychodzącym na korytarz drugiego piętra. Pamiętałem, że znajdują się tam komnaty Hallgrima i nie powinienem tam wchodzić, tym bardziej, że mogłem wyczuć jego obecność przez co najmniej kilka ścian. Jednak nie to przykuło moją uwagę. Słyszałem ciche szarpanie za struny. Chociaż mogło to być również pobrzękiwanie dzwonków lub dźwięki fortepianu. Dużo nieuporządkowanych dźwięków na raz powoli stawało się przyjemną dla ucha melodią, graną przez kilka instrumentów. Otrząsnąłem się z nieplanowanego zasłuchania, choć ciężko było oderwać się od dobywających się zza ścian słodkich dźwięków.
     Zszedłem na parter i zapukałem w drzwi prowadzące do gabinetu blondyna. Pchnąłem je, gdy usłyszałem przyzwolenie na wejście do środka. Zastałem hmmm...badacza? Chyba mogę go tak nazywać. W każdym razie zastałem go w trakcie pakowania się. Miał wyjechać jutro rano do Londynu, z tego co było mi wiadomo.
      - O, dzień dobry, Ciel - powiedział, domykając walizkę. - Przyniosłeś mi list? - zapytał retorycznie, patrząc na kopertę. Położyłem ją na uprzątnięte biurko obok aktówki.
     Zerknąłem na ustawione w stosik zeszyty.
      - Mogę obejrzeć? - Wskazałem na leżący na szczycie kupki szkicownik.
      - Śmiało - powiedział, po czym schował list do wąskiej kieszeni w torbie.
     Otworzyłem notatnik na jednej z pierwszych stron.
      - To Hallgrim, tak? - Ukazał mi się dość staranny rysunek profilu.
      - Owszem.
     Przyjrzałem się dokładniej ilustracji. Tym, co najbardziej przykuwało uwagę, były oczywiście wyrastające z czoła smukłe rogi. Jeszcze nigdy nie widziałem takich w rzeczywistości. Żaden z demonów, które zdążyłem poznać nie obnosił się z nimi. Nawet Damian ich nie eksponował. Przypuszczam, że to zwracałoby niepotrzebną uwagę, jednak ciekawiło mnie jak może wyglądać poroże Sebastiana.
     Rogi Hallgrima były niedługie. Szacowałbym ich długość na około dziesięć centymetrów. Wyginały się mocno w stronę linii włosów, nie sterczały do góry, co sprawiało dość eleganckie wrażenie.
      - Wybacz, ale czy mogę spytać, jaka jest różnica pomiędzy demonem a diablęciem? Nie udało mi się tego wywnioskować samemu, więc gdybyś był tak miły i raczył mi to wytłumaczyć, byłbym wdzięczny.
      - Ah... to całkiem proste - powiedział, podsuwając mi krzesło, na którym usiadłem. Sam natomiast przechadzał się po swoim gabinecie, odpowiadając mi na pytanie. - Demony to upadłe anioły. Nie urodziły się, a zostały stworzone. Diabły są natomiast ich potomkami, czyli musiały się już urodzić. Często mają domieszkę ludzkiej krwi. Z tego co się orientuję najstarszy diabeł pamięta upadek imperium perskiego i jest u nas ogrodnikiem. - Uśmiechnął się, a potem wyjrzał przez okno, jakby spodziewał się go zastać na przycinaniu żywopłotu. - Część diabłów żyje wśród ludzi nie przejawiając żadnych nietypowych cech. Oczywiście żyją w nieświadomości. Gorzej jeśli ich potomstwo urodzi się na przykład z ogonkiem, wtedy zaczynają panikować i najczęściej kończy ono utopione w rzece czy zakopane żywcem. Przykre, niestety ciężko na to cokolwiek poradzić.
      - Dziękuję, że mi to wyjaśniłeś. - Nie chciałem komentować ostatniej części jego wypowiedzi. Podejrzewałem, że będąc mieszańcem, nie do końca dobrze układało mu się z ludźmi, ale oczywiście mogłem się mylić.
     Teraz nabrałem wątpliwości, czy Sebastian tak właściwie jest demonem. Założyłem, że jest, jednak nie potrafiłem sobie nawet wyobrazić jego będącego aniołem. O mitologii chrześcijańskiej nie wiedziałem zbyt wiele, odsunąłem od siebie religię, gdy tylko mogłem o tym zdecydować. Niby pamiętałem o podstawowych informacjach, ale nigdy nie łączyłem ich ze swoim lokajem, bo wydawał się nie mieć z nimi nic wspóalnego.
     Może powinienem go zapytać, kiedy ochłonie. 
      - Czy ja mogę o coś zapytać? - skinąłem z wolna głową.
     Montgomery oparł się o regał wypełniony opasłymi tomiszczami. Zdawał się ważyć słowa.
      - Kim jesteś dla Sebastiana?
     Gdy dotarł do mnie sens tego pytania, mój oddech zwolnił. Desperacko szukałem odpowiedzi po kątach swojej świadomości, ale nic mi się nie nasuwało. Nic. Absolutnie nic!
      - Hallgrim cię tutaj nie chciał, dlatego wnioskuję, że musisz być dla niego kimś ważnym, skoro postarał się, aby jednak mógł przebywać razem z tobą.
     Dopowiedzenie blondyna dodatkowo podsyciło tlącą się we mnie panikę.
     Nie wiem! Nie wiem! Nie wiem!
     Miałem ochotę zerwać się z krzesła i uciekać gdziekolwiek, choć oczywiście nie było sensu  uchylać się od odpowiedzi. W głowie pobrzmiewał mi jakby tętent końskich kopyt. Kiedy wreszcie wyklarowało się gdzieś w odmętach rozumu klarowne, zdatne do wypowiedzenia zdanie, uciekło ono mechanicznie z moich ust.
      - Ahhh... rozumiem.
     Nie byłem nawet świadom tego, co powiedziałem.

     Tułałem się otępiały po ogrodowych ścieżkach aż do późnego wieczora, aż w końcu usiadłem na ławce, na której siedzieliśmy razem z Sebastianem. Przynajmniej drzewo przy ławce wyglądało znajomo. Starałem się nie tracić posiadłości z oczu, jednak przechodząc niekiedy pomiędzy gęstymi i wysokimi zaroślami, nie potrafiłem powiedzieć, w jakim kierunku powinienem się kierować, by do niej wrócić.
     Nie natknąłem się na nikogo w labiryncie zarośli, pewnie to i dobrze.
     Siedząc pod rozległymi gałęziami, wsłuchiwałem się w cykanie świerszczy. Przez moment miałem wrażenie, że ktoś patrzy się na mnie z okien na pierwszym piętrze, jednak owe uczucie zniknęło prawie tak szybko jak się pojawiło.
     Zaczynałem odrobinę głodnieć. Zbliżała się już pora kolacji. Jednak nie miałem za bardzo ochoty wracać do budynku. Intuicja podpowiadała mi, że Sebastian nadal jest w podłym nastroju. Zapytałbym go, dlaczego jest taki zirytowany, gdybym nie był tylko jego podwieczorkiem.
     Prychnąłem zdenerwowany faktem, że moje myśli zeszły po raz kolejny na beznadziejne tory. Miałem do siebie żal, że dałem się tak łatwo omamić. W głowie mieszały mi się chwilę, gdy demon był dla mnie oschły oraz te, w którym traktował mnie, jak kogoś ważnego. Pamiętałem dokładnie, smak jego warg, z którym styczność miałem jeden jedyny raz. Teraz wydawało mi się to bardzo odległym wspomnieniem. Jakby sprzed kilku lat.
     "Jestem demonem. Co za tym idzie, również egoistą. Działam we własnym interesie"
     Sprowadzenie mnie tutaj nadawało tym słowom sensu. Nikt nie mógł mnie stąd zaciągnąć na publiczne pohańbienie. Nie mogłem stąd również uciec. Jednak Sebastian nie zrobił mi nic nazbyt złego odkąd się tutaj pojawiłem. Ciężko było mi też powiedzieć, że się o mnie troszczył, po prostu wykonywał obowiązki lokaja.
     Nie będę się prosić o jakąkolwiek uprzejmość z jego strony! Nie zamierzam błagać o czułości! Mam jeszcze swoją dumę! 
     Skrzyżowałem ręce na piersi. Zaczynało robić się coraz chłodniej. Wiatr połaskotał mnie po nieosłoniętych kolanach, co wywołało lekkie dreszcze. Pomknął dalej, najwyraźniej zahaczając o jakieś dzwonki, ponieważ skądś dobiegły do mnie subtelne dźwięki uderzających o siebie metalowych rurek.
     Chciałem odetchnąć głęboko, by uszło ze mnie nagromadzone zirytowanie, lecz gdy już wziąłem wdech, powietrze ugrzęzło mi w płucach.
      - Nie uważasz, że pora już wracać? - Usłyszałem tuż przy swoim uchu, a zaraz potem czyjaś dłoń złapała mnie za podbródek. - Aaaa... no tak, Sebastianek jest w złym humorku. - Następnie osoba za mną wydała z siebie przywodzący na myśl muzykę graną na dudach skrzek, który prawdopodobnie miał być śmiechem.
      Prowokowanie Damiana nie było najlepszym pomysłem, dlatego nie odsunąłem się od niego natychmiastowo. Starałem się sprawiać wrażenie jak najbardziej opanowanego, nie dając mu satysfakcji z zastraszania mnie. Nadal pamiętałem, jak przerażająco wyglądał, gdy jego poczerniałą twarz wykrzywił grymas zdziwienia, a z rany postrzałowej na szyi polała się krew.
      Strzepnąłem jego dłoń ze swojej twarzy, co najwyraźniej go rozbawiło. Jego chichot brzmiał jak zarysowywanie szkła.
      Chyba nie ma co czekać, aż znudzi mu się droczenie się ze mną.
     Wstałem z ławki. Przeciągnąłem się. Zignorowałem demona, który nadal pozostawał poza moim polem widzenia. Wysoka, wilgotna trawa przyczepiała się do moich butów, gdy zaczynałem powoli kierować się w stronę wejścia do posiadłości.
      - Jednak wracasz. Jak wierny piesek. Uroczo! - Przeszywający powietrze śmiech spłoszył ptaki z okolicznych krzewów.
     Odwróciłem się za siebie gwałtownie. Już miałem go dość.
      - Stul py-!
     Krzyk stłumiła odziana w białą rękawiczkę dłoń. Próbowałem się wyrwać jeszcze przez chwilę, ale zorientowałem się, że przede mną nikogo nie ma. Zdezorientowany zwiotczałem posłusznie.
      - Szkoda strzępić języka.
     Upewnienie się, że słyszany przeze mnie głos należy do Sebastiana, zajęło mi zdecydowanie zbyt długo.

     Łazienka w Cienistym Dworze różniła się znacznie od tej, z której zazwyczaj korzystałem w swojej posiadłości. Podłogę i ściany wyłożono terakotowymi płytkami, dzięki którym światło świec wydawało się o wiele cieplejsze niż wśród nieskazitelnej bieli. Zagłębienie w podłodze, w której stała wanna, oraz meble łazienkowe wykonano z drewna w kolorze karmelu. Rama pokaźnej wielkości lustra była dębowa, o ile się nie myliłem,
     Wyjrzałem przez okno na ogród oświetlony księżycową poświatą. Rozochocony wiatr przybrał na sile i pogrywał z uginającymi się pod jego siłą gałęziami drzew. Trawa falowała niczym morze. Z pewnością na zewnątrz nie było teraz zbyt przyjemnie.
     Delektowałem się ciepłem wody oraz cudownym uczuciem napełnionego żołądka. Przed kąpielą zjadłem wykwintną. Demon zdążył się opanować, gdy przechadzałem się po ogrodzie. Zachowywał się tak, jak gdyby nigdy nic się nie stało.
     Zerknąłem na niego. Stał wyprostowany przy drzwiach, nie opierając się przy tym o ścianę, jak na porządnego kamerdynera przystało. Wzrok miał pusty, a wyraz twarzy beznamiętny.
     Westchnąłem ciężko, nim powiedziałem:
      - Już możesz. 
     Teraz nie wiedziałem, czy tak właściwie byłem na niego zły czy też nie. Pewnie tak, tylko uczucie to stłumiło zmęczenie i porządny posiłek.
     Przeszedł mnie dreszcz, kiedy mężczyzna potarł mój kark namydloną gąbką. Musiał to zauważyć, ponieważ wstrzymał na chwilę owa czynność. Ponownie przeszły mnie ciarki, gdy dotknął mojego ramienia wilgotną rękawiczką.
      - To nie jest zabawne, Sebastianie - burknąłem.
      - Co nie jest zabawne?
      - To, co robisz. Przestań natychmiast. - Strzepnąłem jego dłoń ze swojego ramienia.
     Demon mruknął coś niewyraźnego, po czym znów złapał za gąbkę. Gdy przetarł nią ramię ponownie, po raz kolejny przeszyły mnie dreszcze. Postanowiłem to zignorować. Nie będę dawał mu satysfakcji z irytowania mnie, wtedy przestanie, pomyślałem.
     Po chwili nieprzyjemne mrowienie zmieniło się w ciepło rozchodzące się z miejsc, których dotykał. Musiałem przyznać, że było to całkiem przyjemne. Rozluźniłem się na tyle, że przymknąłem oczy.
     Mruknąłem cicho, gdy brunet umył moją szyję, a następnie tors. Opanowałem się jednak, zanim zdążyłem wydać z siebie więcej dźwięków, świadczących o tym, jak dużą przyjemność sprawiał mi jego dotyk.
     Nie byłem zachwycony tym, że za kilka minut skończył i odszedł od wanny. Liczyłem na odrobinę więcej.
      - Po co mnie tutaj sprowadziłeś? - zapytałem. Nie żeby to był najlepszy czas i miejsce na tego typu rozmowę.
     Zdziwiło go najwyraźniej to pytanie, ponieważ drgnął ledwo dostrzegalnie, gdy sięgał po ręcznik.
      - Żebyś był bezpieczny, zapomniałeś już?
      - Nie, doskonale o tym pamiętam. - Przechyliłem się w jego stronę. - Pamiętam też, dlaczego musiałem porzucić swoje szlacheckie przywileje. Wydawało mi się wtedy, ze było dla kogo, ale chyba się przeliczyłem - powiedziałem z wyraźnym wyrzutem.
      - Przykro mi.
     Nie oczekiwałem skruchy z jego strony, więc niezbyt dotknęły mnie jego słowa.
      - Z jakiego powodu ty tutaj jesteś? Nie raczyłeś mi tego powiedzieć wcześniej. - Byłem gotów dodać "to rozkaz", w razie gdyby nie chciał mi powiedzieć.
     Atmosfera w niewielkim pomieszczeniu zgęstniała zauważalnie, jednak w końcu odpowiedział.
      - Anioły zalęgły się w Londynie. Niedawno zabiły krewnego, który się tam pałętał, dlatego Hallgrim uznał, że sprowadzam zagrożenie na całą rasę, kręcąc się pod ich nosem. Z tego powodu kazał mnie sprowadzić do siebie. Żebym nie zwracał niepotrzebnie uwagi.
      - Rozumiem - odpowiedziałem, wbijając wzrok w ogromny, biały ręcznik.
     Teraz wydawało się to całkiem logiczne. Skoro istniały demony, musiały istnieć i anioły. Skoro one, to i Bóg? Interesujące...
      Ustałem. Woda sięgała mi do ponad połowy golenia i zaczynała robić się już zimna. Sebastian zręcznie okrył mnie ręcznikiem i wytarł szybko, żebym nie zmarzł.
    
     Leżąc na plecach, wpatrywałem się w połyskujące zdobienia baldachimu. Nie mogłem zasnąć. Jakieś irytujące myśli krążyły mi po głowie, nie dając się wyciszyć. Zmartwienia drwiły sobie ze mnie.
     Wodziłem wzrokiem po pokoju, myśląc o tym, jak podobny do jest do mojej poprzedniej sypali, jednocześnie różniąc się od niej znacznie. Czułem się jednak trochę śmielej, niż w wypadku gdyby wyglądała zupełnie nieznajomo.
     Tęskniłem za swoją posiadłością. Brakowało mi w szczególności gabinetu oraz biblioteki, korytarzy, po których mogłem chodzić swobodnie. Nawet za hałaśliwą służbą było mi trochę tęskno. Tutaj czułem się zagubiony i przede wszystkim niechciany. Powiedziano mi, że moja egzystencja tutaj nie sprawia problemów, jednak wydawało mi się, że jest inaczej. Brak przychylności Hallgrima w stosunku do mnie, stanowił potencjalne zagrożenie, a ja nie miałem pojęcia, jak go do siebie przekonać, ani czy spróbowanie tego będzie bezpieczne.
     Westchnąłem. Grzywka opadła mi na czoło.
     Być może to pełnia księżyca sprawiała, że miałem problem z zaśnięciem.
     Zastanawiałem się, czy Sebastian coś teraz robi. Wątpiłem w to żeby spał. Choć nie zapytałem się o to Montogomery'ego, to chyliłem się ku przekonaniu, że demony nie sypiają. Zapewne nie robił też niczego ważnego.
     Wezwałem do siebie swojego sługę, a zaraz potem usłyszałem znajome pukanie do drzwi. 
      - Przynieś mi filiżankę ciepłego mleka - powiedziałem, nie zaszczycając go nawet spojrzeniem.
     Po chwili wrócił razem z tacą, na której stało mleko i nieduży słoiczek miodu z wetkniętą weń łyżeczką. Usiałem, obierając się o wezgłowie i odebrałem od niego filiżankę. Słodki, ciepły płyn połechtał mnie w podniebienie.
     Przywołuje wspomnienia.
     Odegnałem od siebie sentymentalne myśli i wróciłem do tego, co jest tu i teraz. Do obcego miejsca, w którym się znajdowałem, do stojącej obok mnie ugłaskanej bestii.
      - Jesteś demonem, prawda? - zapytałem, gdy oderwałem usta od krawędzi filiżanki.
      - Owszem. Dlaczego pytasz? - Nie wydawał się być szczególnie zaskoczony moim pytaniem.
      - Chciałem się upewnić - mruknąłem do stojącego przy łóżku mężczyzny. - To znaczy, że kiedyś byłeś aniołem, tak?
      - W rzeczy samej. - Jego głos nie zdradzał żadnych uczuć. Jakby ten fakt, był mu obojętny.
      - Pamiętasz coś z tego okresu swojego życia? - pytałem dalej.
      - Kompletnie nic.
      - Czyżby to było tak dawno, że zapomniałeś?
     Uśmiechnął się cierpko i przytaknął.
      - Myślałem, że opowiesz mi coś ciekawego - ironizowałem. - Szkoda.
     Zapadła cisza. Dopiłem resztkę mleka i oddałem Sebastianowi filiżankę. Oczekiwałem, że życzy mi dobrej nocy i wyjdzie, ale zamiast tego powiedział:
      - Mogę z tobą zostać dopóki nie zaśniesz, jeśli chcesz.
     Odrobinę mnie to zaskoczyło. Nie wyczuwałem w tym żadnego podstępu, choć wydało mi się to nieco niespodziewane. Nieczęsto wychodził z jakąś inicjatywą, odkąd tutaj przybyłem praktycznie wcale.
      - Możesz zostać.
     Położyłem się z powrotem. Odwróciłem się plecami do demona.
     Nie liczyłem na to, że pogłaszcze mnie po włosach, jednak przyznaję byłoby to miłe.
      - Dobranoc. Śpij dobrze.
     Wydawało mi się, że nie słyszałem tego bardzo długi czas. Uśmiechnąłem się odrobinę, choć Sebastian tego nie widział. Niedługo potem zasnąłem.
     Myślałem, że nie potrzebuję dobroci z niczyjej strony, jednak dzięki niej czułem się odrobinę pewniej. Spokojniej.

     Szedłem ciemnym korytarzem. Trzymając się otaczających mnie ścian, robiłem drobne kroki na przód. Bałem się, że wpadnę na ścianę lub przewrócę o jakąś nierówność, jednak tunel wydawał się idealnie prostu i niekończący się.
      - Sebastian! - krzyknąłem tak głośno, że aż zabolały mnie uszy. Słowo poniosło się echem wzdłuż korytarza. - Sebastianie, wyprowadź mnie stąd! 
     Czekałem dysząc ciężko, na jakikolwiek odzew. Wydawało mi się, że zaciska mi się gardło. 
     Ruszyłem dalej na przód. Nagle coś błysnęło bardzo jasno. Światło oślepiło mnie, zasłoniłem oczy, ale nie mogłem się do niego przyzwyczaić. Kiedy trochę przygasło. Spojrzałem na, to co znajdowało się przede mną. 
     Ogromne, długie kły wyrastające jakby wprost z policzków. Wychudzona, przerażająca twarz. Czerwone, nierozumne oczy zaślepione przez szaleństwo. 
     Krzyknąłem gdy uzbrojone w pazury silne dłonie zacisnęły się na mojej szyi. Skupiłem wzrok na przedramionach, tak bardzo kontrastujących z bielą ściany i podłogi. 
     To coś wydusiło ze mnie ostatki powietrza. Zobaczyłem własną twarz zastygłą w bezgłośnym krzyku. 

      Otworzyłem szeroko oczy, szarpiąc się z własną pościelą.
      Dopiero po chwili dotarło do mnie, że jestem bezpieczny w łóżku. Uspokoiłem oddech.
       - Wszystko w porządku?
      Odwróciłem się w stronę, z której dobiegał głos. Brunet wpatrywał się we mnie uważnie. Jego twarzy zdradzała rozbawienie zmieszane z lekkim niepokojem.
       - Tak. - Wziąłem oddech. - W porządku.
      Zarumieniłem się. Nie podobało mi się to, że Sebastian widział moją panikę.
       - Krzyczałeś moje imię przez sen - parsknął.
      Przypomniało mi się, czym moja podświadomość uraczyła mnie przed chwilą. Natychmiast odsunąłem się na przeciwny skraj łóżka, żeby być dalej od demona. Patrzyłem się na niego uważnie, jednak gry mrugnąłem, zniknął mi z oczu.
       - Spokojnie, to tylko ja. - Znalazł się po drugiej stronie i nachylił się nade mną. - Tylko ja.
      Wzdrygnąłem się, gdy położył mi rękę na szczęce oraz policzku. Miałem ochotę uciekać, kiedy poczułem ciepło warg na swoich ustach, jednak demon położył mi rękę na plecach tak, że nie mogłem tego zrobić. Po chwili dotarło do mnie, co tak właściwie się dzieje.
     Odsunął się odrobinę, gdy uznał, że się uspokoiłem, jednak nadal pozostawałem w jego uścisku.
      - Lepszego sposobu na uspokojenie mnie nie mogłeś znaleźć? 
      - Niestety nie.
     Pocałował mnie jeszcze raz, a potem zniknął. Rozejrzałem się po pokoju, ale już go nie było. Drzwi zatrzasnęły się cicho.
      - Idiota - szepnąłem w ciemność.